O fotografiach, które są szeptem wśród zgiełku świata.
(z Kamilą J.Gruss)

05 czerwca 2023

wpis 36

 

Kamilo, zapraszając Cię do rozmowy w „Portfolio jako archiwum”, zastanawiałam się co zainspirowało Cię do stworzenia tak wyrazistych fotografii. Mam wrażenie,
że odbiorcom bardzo trudno będzie je tak po prostu wymazać
z pamięci.

Od razu się przyznam: nie mam szczegółowego scenariusza naszej rozmowy. Moje pytania będą krótkie, ponieważ doskonale wiem, że świetnie potrafisz opowiadać o swojej twórczości.

Na początek opowiedz nam trochę o powodach, dla których zajmujesz się fotografią. Skąd twoje zainteresowania akurat tą dziedziną sztuki?

Kamila J.GrussUwielbiam sztuki wizualne. Nie tylko fotografię, ale także malarstwo czy rzeźbę. Istnieje coś takiego jak syndrom Stendhala, w którym na widok wspaniałości danego dzieła doznaje się przyspieszonego bicia serca czy wzmożonej dezorientacji. Wydaje mi się, że moja relacja z niektórymi wytworami sztuki jest porównywalna.

Fotografią zajęłam się z potrzeby tworzenia. Najpierw chciałam uchwycić obraz dorastania moich dzieci, potem poczułam, że potrzebuję czegoś więcej. Podobno w trakcie robienia zdjęć wyglądam jakbym wpadała w trans. Chyba to nawet w pewnym stopniu czuję. Wiem, że podczas tworzenia odrobinę tracę zmysły. Kiedy mam w głowie kadr, świat wokół mnie milknie.

Moją pasją jest malowanie obrazów i opowiadanie historii, natomiast fotografia stała się medium, które mi to ułatwia.

Od kiedy fotografujesz?

Kamila J.Gruss: Dokładnie nie pamiętam, ale obsługi aparatu zaczęłam uczyć się jakieś pięć czy sześć lat temu. Fotografia otworzyła przede mną drzwi, za którymi znalazłam fascynujący świat, niesamowitą przygodę i cudowną pasję.

Czy masz fotografów które Cię inspirują?

Kamila J.Gruss: Najbardziej inspirują mnie twórcy jako ludzie, nacechowani głodem podobnym do mojego. Nazwałabym to selekcją afektywną lub wybiórczym powinowactwem, ot braterstwem jednego królestwa z drugim. Ich zdjęcia są zapalnikiem i powodują chęć poznania jednostki, natomiast to, co wydarza się potem, jest nadzwyczajne. Dopiero po spotkaniu autora, dzieła, które wcześniej jawiły się jako preludium czy prolegomena do danej postaci nabierają niewysłowionej głębi.

Chciałabym w tym miejscu wspomnieć o Jurajskim Festiwalu Fotograficznym, którego organizatorami są między innymi Grzegorz Maciąg i Michał Bacior. Jest to fantastyczna impreza odbywająca się cyklicznie dwa razy w roku. Po raz pierwszy zaproszono mnie tam jako prelegentkę trzy lata temu. To tam mogłam poznać osoby, na które prawdopodobnie nigdy nie natknęłabym się w innych okolicznościach. Jedną z nich jest Paweł Sadaj: dobrze pamiętam, że przed festiwalem oglądałam jego prace w sieci. Ich wielopłaszczyznowość, to jak zostały one zbudowane oraz przemyślane, wprawiło mnie w osłupienie. Paweł jest dokładnie taki jak jego obrazy: inteligentny, otwarty i szczery.

Inną poznaną przeze mnie w podobnych okolicznościach postacią jest Paweł Bajew. Osobiście spotkaliśmy się dzięki Grzesiowi dopiero na Jurze. Jego prace są błyskotliwe, pełne fantazji i niesamowicie rozbrajającego poczucia humoru. Przy bliższym poznaniu Pawła można zauważyć w nich również melancholię i przejmujący smutek. Ogromna wrażliwość, jaką ten człowiek nosi w sobie wręcz kapie na jego sztukę, a ja jako odbiorca czuję każdą jej wibrację.

Na festiwalu poznałam również Jacka Boneckiego. Jego dzieła z kolei rozmijają się z moimi dotychczasowymi konceptualnymi upodobaniami, gdyż Jacek jest podróżnikiem i uwiecznia rzeczywistość, którą ma przed oczami. Ta niesamowita wszechstronność i artystyczna czułość, z jaką podchodzi do świata nieraz mnie zdumiewa. Potrafi on wzbudzić emocje nie tylko swoimi portretami lub kobiecymi aktami, ale także malując krajobrazy czy rejestrując wydarzenia takie jak Rajd Dakar.

Lubię myśleć o artyście i jego pracach jako o całości, obserwować
i zastanawiać się co siedzi w człowieku, gdy tworzy w taki, a nie inny sposób. Fascynuje mnie mrok, doceniam filuterność. Uwielbiam jak obrazy opowiadają historie, szepczą o emocjach. Nade wszystko kocham i podziwiam wyobraźnię. Pragnę niejako wkraść się do mózgu twórcy, przejąć jego myśli. W końcu jesteśmy sumą przebytych doświadczeń, a wszystko co kochamy kształtuje nas
i nadaje nam formę.

Jest jeszcze dwóch artystów, o których chciałabym koniecznie wspomnieć: Roger Ballen i Tomasz Górnicki. Pierwszy to fotograf żyjący w RPA, drugi jest rzeźbiarzem, mieszka w Polsce. Razem stworzyli wystawę The Core. Czyste, surowe emocje, światy wewnętrzne, opowieści o esencji istnienia, wizualna uczta dla oczu
i duszy. Całość pokazana w charakterystycznych wnętrzach gdańskiego Plenum, dodatkowo okraszona sączącą się w tle muzyką. Coś tak totalnie mojego, że aż dech zapiera. Gołębie, szczury, dzieci, mnogość powyginanych stawów, druty a na tym wszystkim emocje niczym nerwy na wierzchu, odarte z chroniącej nas skóry. Niezapomniane przeżycie.

Jakie jest twoje przesłanie?

Kamila J.Gruss: Moje przesłanie z jednej strony przy każdej fotografii jest inne, a z drugiej zawsze takie samo. Najbardziej chcę opowiadać historie, które mają dla mnie znaczenie. W fotografii najczęściej staram się dotknąć takich kwestii jak prawo kobiety do samostanowienia, do decydowania o własnym ciele i podejmowania wyborów z nim związanych. Często opowiadam o depresji, gniewie czy strachu, poszukuję zakotwiczenia tych emocji w otaczającym nas świecie.

Dla relaksu tworzę również fotografie, przy których po prostu odpoczywam. Jestem dzieckiem wychowanym na książkach, komiksach i filmach fantasy oraz sci-fi. Moje obrazy zatem mają
w sobie też nierealistyczny pierwiastek.

Do kogo adresujesz swoją sztukę?

Kamila J.Gruss: Przede wszystkim do ludzi myślących, patrzących i czujących w analogiczny sposób. Pierwszym i najważniejszym odbiorcą jestem ja sama, ale zauważyłam, że fotografie potrafią być szeptem wśród zgiełku świata. Gdy tak sobie szepczę, spotykam ludzi podobnych do mnie. Czasem podchodzą, by posłuchać. Wówczas przypatrujemy się sobie z ciekawością, niekiedy odszeptują i albo zostają, albo idą dalej.

Jak powstają twoje prace, jaki jest proces ich tworzenia?

Kamila J.Gruss: Każda praca powstaje inaczej. Staram się nie powtarzać tego, co tworzę. Szybko się nudzę i z winy utartych schematów, największy wysiłek sprawia mi zadziwianie samej siebie. Bardzo ciężko przebić się przez szklany sufit przyjętych paradygmatów, ale gdy to już się uda, radość jest ogromna, choć niestety efemeryczna. Taki proces potrafi wzbudzać nieustający, wręcz niemożliwy do zaspokojenia głód.

Czy miałaś styczność z fotografią analogową?

Kamila J.Gruss: Jedyny raz miałam z nią styczność podczas pleneru Pod Orłem. Widziałam wtedy jak Łukasz Spychała przygotowuje się do sesji. Szczerze mówiąc, moja technika fotografowania wyklucza robienie zdjęć analogiem z powodów finansowych. Strzelam aparatem jak z karabinu, co sprawia, że kadry powstają często w sposób bardzo dynamiczny
i nieprzewidywalny. Nierzadko nawet dla mnie samej jest to zaskoczenie. Jednakże samo fotografowanie analogiem wydaję się być coraz bardziej kuszące. Zwłaszcza w dobie, gdy powoli nie jesteśmy w stanie odróżnić tego, co zrobił człowiek a co AI. Boje się, że jest to jedyna forma fotografii, która to wszystko przetrwa,
a wszelkie manipulacje w Photoshopie będą pozbawione sensu, gdyż sztuczna inteligencja zrobi to po prostu lepiej.

W jaki sposób systematyzujesz swoje zasoby fotograficzne?

Kamila J.Gruss: Widziałaś kiedyś posterunek, w którym wybuchł granatnik? No właśnie tak.

A jak je przechowujesz?

Kamila J.Gruss: Mam kilka dysków twardych, które są backupami backupów i wciąż kupuję nowe. Za cholerę nie mam głowy do takich rzeczy. Chcę wyłącznie tworzyć.

Gdzie szukasz swoich plenerów?

Kamila J.Gruss: To one znajdują mnie. Tak działo się do tej pory
i myślę, że podobnie będzie w przyszłości. Po prostu wchodzę do jakiegoś miejsca i kiedy widzę potencjał, wykonuję zdjęcia.

Czy masz ekipę, z którą pracujesz?

Kamila J.Gruss: Nie, choć bardzo chciałabym mieć sztab ludzi, który pomagałby mi w tworzeniu. Nie musiałabym ustawiać sobie blendy lewą ręką, włączać dmuchawy prawą stopą i przytrzymywać zębami poza kadrem fruwającej wstążki. Byłoby fajnie.

Muszę jednak w tym miejscu wspomnieć o fantastycznych „modelach”, z którymi miałam i mam szansę współpracować. Na pierwszym miejscu są oczywiście moje dzieci, wykazujące się ogromem cierpliwości oraz miłości. Na swojej drodze spotkałam również inne osoby, bez których żadne z poniższych zdjęć by nie powstało: Joanna de Fleur, siostra, która od początku rozumiała
i podzielała przekaz, do jakiego dążyłam. Sandra Rimane, wróżka patrząca nie tylko głęboko w oczy, ale i w duszę. Ania Lisia, niesamowita i nadzwyczajna modelka, którą znają chyba wszyscy.
A także Julia Pawlak, niezwykłej urody i odwagi dziewczyna, przypadkowo poznana w pociągu. Bez nich fotografie które tu zobaczycie nie miałyby w tej formie racji bytu
, więc składam im ogromne podziękowania za współpracę, czas oraz energię jaką mi podarowały.

Stylizacja modeli odbywa się na planie czy w Photoshopie?

Kamila J.Gruss: Wszystko zależy od fazy, w której przychodzi pomysł. Jeśli projekt jest przemyślany i zaplanowany, ubieram modela tak, by postprodukcja zajmowała jak najmniej czasu. Bywa też tak, że kadr początkowy w niczym nie przypomina końcowego. Wszystko zależy od tego, co w danej chwili przyjdzie mi do głowy.

Co byś zrobiła, gdyby Photoshop zniknął?

Kamila J.Gruss: Byłabym bardziej kreatywna. To wszystko. Zrobiłam masę dobrych zdjęć, gdy jeszcze nie miałam pojęcia
o Photoshopie. Najważniejszy jest pomysł. Jeśli go brakuje, nawet najlepsze umiejętności obróbkowe nie pomogą. Photoshop sporo mi ułatwił i otworzył wiele nowych ścieżek, w innych kwestiach jednak trochę rozleniwił. Czasem dobrze jest wrócić do początków.

Czym fotografujesz i czy sprzęt ma dla ciebie znaczenie?

Kamila J.Gruss: Mam Canona 5 D Mark III, a do niego kilka obiektywów. Uwielbiam szerokie kąty. Pracując przy użyciu zoom’a 24-70, dziewięćdziesiąt procent moich kadrów robiłam na 24 mm. Gdy Moongirl została najlepszym polskim zdjęciem w Sony Photography Awards w 2021 roku, dostałam w nagrodę bezlusterkowca Sony A7 III i dokupiłam do niego stałkę 24 mm 1.4. Najszerszy obiektyw jaki posiadam to manualny meike 8. Czy sprzęt ma znaczenie? Na pewno ułatwia pracę, choć jest to również pewnego rodzaju pułapka. Z jednej strony różnorakie obiektywy pomagają i upraszczają sprawę, z drugiej zaś ograniczenia oraz trudne warunki mogą zmuszać naszą kreatywność do większego wysiłku.

Wystawy, festiwale, jurowanie. Inne około fotograficzne działania. Jesteś aktywna na bardzo wielu polach. Taka różnorodność funkcji ci odpowiada czy jednak najlepiej czujesz się w zaciszu pracowni?

Kamila J.Gruss: Festiwalowy czy też plenerowy entourage bardzo mi odpowiada. Mam dwa ulubione miejsca dla rozwijania swojej aktywności: wspomniany wcześniej Jurassic Photo Festiwal i plener Pod Orłem, którego organizatorem jest Marek Sokół. Gdy spotyka się ludzi, którzy podzielają tę samą pasję, na pewno jest łatwiej. Wzajemne zrozumienie jest tu bezwzględnie potrzebne.

Mimo to lubię tworzyć w samotności. Spotkania i cała ta cudowna otoczka są po prostu miłymi przerywnikami rzeczywistości, na które zawsze czekam.

Co Cię nakręca do pracy?

Kamila J.Gruss: Jak już wcześniej wspomniałam, ten niewysłowiony głód tworzenia.

Jaka jest myśl przewodnia twojej twórczości, na co kładziesz nacisk?

Kamila J.Gruss: To, co cechuje moją twórczość, i co wydaje mi się tożsame z twórczością innych artystek, to obserwacja mechanizmów traktowania kobiety jako jednostki kulturowo uprzedmiotowionej. W świecie, który często jest bardzo nierówny, ciało niejako spełnia rolę nieodzownego elementu kobiecej tożsamości. Przestaje ono być wówczas jedynie przedmiotem, a staje się sztuki podmiotem. To za jego pomocą obrazujemy nasze doświadczenia wewnętrznej walki
z emocjami, pokazując świat niezwykle intymny.

LA DOUBLE VIE DE VERONIQUE I

LA DOUBLE VIE DE VERONIQUE II

LA DOUBLE VIE DE VERONIQUE III

W mojej fotografii kobieta jako ciało nosi w sobie historie z życia,
z którymi się utożsamiam lub takie, które wzbudzają we mnie głębokie emocje. Czasem jest to myśl, czasem sen, często rzeczywistość. Wszystko to jest płynne i przenika się nawzajem.

Omówmy sobie kilka wybranych cykli.

DOM DUSZ

Kamila J.Gruss: Projekt powstał w 2021 roku, kilka miesięcy po wprowadzeniu znaczącego ograniczenia możliwości dokonania aborcji w Polsce. Zanim to się stało, brałam czynny udział
w marszach i protestach, więc siłą rzeczy zmiany w prawie aborcyjnym wzbudziły we mnie głębokie poruszenie. Chciałam wydłubać w jakiś sposób ten strach, który zrodził się w mojej głowie, strach o przyszłość mojej córki i przyszłość kobiet w tym kraju. Owocem tych emocji stał się właśnie ten projekt, którego współtwórczynią jest moja kuzynka, Joanna.

Cykl powstał w starej, poniemieckiej willi. Budynek wchodzi w skład kompleksu browarniczego z 1894 roku. Przebywając tam, czułam obecność związanych z nim dusz. Aura tego domu, historia i tragedia jego mieszkańców (kontekst II Wojny Światowej) przywołuje - moim zdaniem - atmosferę obecnego czasu. Nie daje mi to spokoju. Historia zwykle zatacza krąg, a my wciąż popełniamy te same błędy.

PANNY Z AWINIONU

„słyszeć się daje jakby z atmosfery błękitnej idąca muzyka weselna, cicha a skoczna, swoja a pociągająca serce i duszę usypiająca, leniwa, w omdleniu a jak źródło krwi żywa, taktem w pulsach nierówna, krwawiąca jak rana świeża: — melodyjny dźwięk z polskiej gleby bólem i rozkoszą wykołysany.” Wesele Stanisław Wyspiański

Kamila J.Gruss: Zilustrowany powyżej motyw chocholego tańca ma zwizualizować marazm i uśpienie polskiego narodu. Chciałam nawiązać do niemocy i bezradności, w której tkwimy od 2015 roku. Wtedy to nasz naród sprzedał się za kilka srebrników. Tańczymy półprzytomni, zaczynając krwawić. Chocholi taniec symbolizuje nie tylko bierność, ale również szansę na odrodzenie. W końcu chochoł przykrywał roślinny tylko na okres zimowy, a wiosną krzewy oraz drzewa budziły się do życia. Symbolika tej postaci ma więc również wydźwięk pozytywny i oznacza nadzieję na to, że się jeszcze ockniemy i odzyskamy niepodległość.

KONKURY

Kamila J.Gruss: Obraz jest inspirowany opowiadaniem Agaty Marzec pt. Trędowata, w którym autorka opisuje historię młodej Syryjki. Bohaterka, uciekając przed wojną, schroniła się z czwórką dzieci w małej polskiej wsi. W miesięcznicę swojego przybycia, została zaatakowana i zgwałcona przez miejscowych mężczyzn.

O tej wstrząsającej historii autorka przeczytała w jednej z polskich gazet, a że była to tylko wzmianka, postanowiła ją nadbudować. Forma obrazu ma przywieść na myśl „ukrzyżowanie”, jakiego dokonano na kulturowo obcej kobiecie w katolickim kraju.

ZAMĄŻPÓJŚCIE

Kamila J.Gruss: Decyzją Niby-Trybunału Konstytucyjnego pod wodzą Julii Przyłębskiej, mimo przetaczających się przez Polskę protestów, uznano, że terminacja ciąży w przypadku głębokiego upośledzenia płodu jest niezgodna z konstytucją. Ochrona świętości życia w oczywisty sposób wymaga pozbawienia kobiet prawa do samostanowienia. Prawodawca widzi człowieka posiadającego pełnię konstytucyjnych praw w upośledzonym płodzie, nie dostrzegając nawet istnienia kobiety, w której ciele ten płód się rozwija.

Nie żyjemy już w demokracji, ale w systemie zmierzającym ku autorytaryzmowi. Stąd też czerwony kolor, który przechodząc
z kadru na kadr, wprost nawiązuje do Opowieści Podręcznej Maragret Atwood. Polska coraz bardziej przypomina wspierane przez kościół katolicki dystopijne państwo Gilead, w którym to najcenniejszym dobrem jest płodna i posłuszna mężczyźnie niewiasta. Aż chciałoby się krzyknąć za bohaterką książki: „Nolite te bastardes carborundorum!”.

PSYCHODELIE

Kamila J.Gruss: Jako mała dziewczynka miałam lampkę nocną, którą przywiozłyśmy z mamą z podroży po Ukrainie. Na lampce namalowane były kręcące się wokół własnej osi rybki. Tak więc gdy była zapalona, rybki pływały po ciemnych ścianach, zamieniając sypialnię w ocean. Wyobrażam sobie, że gdybym zrobiła więcej zdjęć, mogłabym umieścić tę serię na podobnej lampce. Fotografia ożyłaby, ponieważ po ścianach pokoju biegałyby dziewczyny. Wyobraźcie to sobie: jedna z nich tańczy, wbiega druga, popycha ją, a następnie obie wybiegają z łazienki. Być może dziewczyna jest sama, a wszystko to dzieje się wyłącznie w jej głowie. Sama siebie wpiera do szafy, sama siebie pogania. Wciąż na nowo i od nowa.
W niekończącym się cyklu.

BLACKOUT, CZYLI SEN PSZCZOŁY

Kamila J.Gruss: Pijemy z różnych powodów: by się znieczulić, zgasić nerwy, by zapomnieć o samotności. Picie jest pewnego rodzaju odpowiednikiem stanu emocjonalnego, który bywa jednym z objawów depresji. Gdy wyda się, że mamy problem z alkoholem, poddaje się nas ocenie moralnej. Oczywiście kobiecie kulturowo nie wypada pić dużo bardziej niż mężczyźnie. Ojciec alkoholik to taka norma w naszym społeczeństwie. Kobieta? Wstyd. Statystyki pokazują jedno: dziewięć na dziesięć żon alkoholików trwa u boku mężów. Natomiast dziewięć na dziesięć mężów alkoholiczek zostawia uzależnione żony.

Zdjęcie zostało wykonane pod wpływem alkoholu w hostelu o nazwie Sen Pszczoły, który stał się inspiracją dla tego projektu. Zazwyczaj jesteśmy jak te dzielne owady, które ogarniają rzeczywistość, dom, dzieci, pracę. Po alkohol sięgamy wieczorami, gdy już nikt nie widzi.

Do wklejenia muchy zainspirowała mnie ona sama, gdyż usiadła na monitorze podczas obróbki. Potem przypomniał mi się Pawel Sadaj
i jego wszędobylskie muchy, zwiastun zepsucia i rozkładu.

CÓRKI EWY I

CÓRKI EWY II

Kamila J.Gruss: Na pierwszy rzut oka jest to obraz sensualny, buduarowy. Przy drugim spojrzeniu, gdy wzrok wędruje w dół, zauważamy niebieski sznureczek między udami dziewczyny, który zdziera z niej całą seksualność. W głowie pojawia się obraz z krwi
i kości, zwierzęcy i surowy, być może nawet w swej naturze odpychający. Sznureczek ma być zadziorny, ma powodować dyskomfort. jest elementem, którego odbiorca w tego typu fotografii się nie spodziewa.

W starożytności miesiączka była postrzegana jako dar. Kobiety ją celebrowały Patriarchalny świat mężczyzn pozazdrościł nam tej magii i kobiecą menstruację zaczęto traktować jako temat tabu, jako coś brudnego, coś, czego należy unikać.

Dziś w naszej europejskiej kulturze miesiączka, która publicznie była zawsze nie do nazwania, jest nadal niewidoczna i traktowana przede wszystkim jako czas wstydu. To przekonanie utwierdzają zresztą reklamy, rozpowszechniając stereotyp dyskrecji i dokładnego ukrywania menstruacji. Krew na nich jest niebieska jak u smerfetki, zupełnie niczym sznureczek między udami modelki.

Te wszystkie zestawy, które tutaj prezentujemy są pewnego rodzaju manifestem. Jestem w trakcie ciągłego rozwoju i poszukiwaniu. Staram się opowiadać historie będące dla mnie szczególnie znaczące.

Obydwie pochodzimy ze Słupska. Z tego miasta pochodzi wielu fajnych kreatywnych ludzi, realizujących się w różnych dziedzinach sztuki. Niestety większość z nich/z nas wyjechała podejmując próbę znalezienia lepszego miejsca do realizacji swoich marzeń. Ty zostałaś w Słupsku. Trochę Ci zazdroszczę. Powiedz dlaczego zostałaś w tym mieście? Dlaczego Słupsk?

Kamila J.Gruss: Słupsk jest moim rodzinnym miastem. Wyjechałam, żeby studiować; najpierw w Poznaniu, potem
w Szczecinie, a na końcu znalazłam się w Berlinie, w którym mieszkałam najdłużej (dziesięć lat). Gdy mój tata zachorował, wróciłam, by pomóc mamie. Chwilę później dołączył do mnie mój mąż i zostaliśmy już na stale. Podróże są cenne, gdyż dają inną perspektywę, pomagają w rozwoju. W moim odczuciu zgiełk dużych miast jest dobry na chwilę, pozwala naładować baterie
i pokolorować trochę wnętrze, jednak bardzo ważny jest spokój
i bezpieczeństwo, jakie daje mi dom rodzinny. Tego właśnie do tworzenia potrzebuję chyba najbardziej.

Dziękuję Ci serdecznie za rozmowę i możliwość przybliżenia odbiorcom twojej twórczości.