JESTEM NA:

O harmonii i akceptacji

(z Elą Drewniak)

 

Elu, w poprzednim wpisie dzieliłam się z czytelnikami śledzącymi Portfolio jako archiwum kilkoma przemyśleniami odnośnie terapeutycznej wartości fotografowania. Dla mnie aspekt ten - niezwykle istotny na początku artystycznej i zawodowej drogi - wraz z upływem czasu schodził na dalszy plan. Dzisiaj inaczej już myślę nie tylko o swojej bieżącej działalności, ale także o tamtych, wykonanych dwadzieścia lat temu, zestawach… Dlatego też, znając twoją twórczość i zawarty w niej, autobiograficzny ładunek chciałabym na początek poprosić cię o kilka słów odnośnie twojego spojrzenia na temat autofototerapii.

 

Elżbieta Drewniak: Widzę ją jako proces twórczy, w którym w pełni doświadczam siebie – doświadczam nie tylko trudności, z którymi muszę się mierzyć, ale również własnych reakcji na te trudności. Dzięki tym doświadczeniom uaktywniłam się artystycznie. Tworząc kolejne autoportrety nauczyłam się opowiadać o tym, o czym ciężko było mówić posługując się słowami. Po prostu obraz pozwala mi na większą autentyczność. Mam takie przekonanie, że dzięki autofototerapii i plastykoterapii wpływam na uzdrawianie duszy. Nadal jeszcze odczuwam dolegliwości ciała, które mówią mi, że ten proces nie jest skończony i to przekłada się na moją twórczość.

 

W czym konkretnie odnajdujesz uzdrawiającą moc, o której wspomniałaś?

 

Elżbieta Drewniak: Widzisz, to co dzieje się w moich pracach jest świadomym procesem, w którym nie ma miejsca dla przypadków. Wykorzystuję w nich (jako środki plastyczne) kamienie i minerały, miedź, szlagmetal... Wierzę, że każdy z nich ma swoją uniwersalną moc, że są w synergii, czyli przekazują wibracje i energię, na której odbiorze się skupiam. Moja równowaga została zaburzona, moje ciało choruje, więc szukam naturalnych środków wspomagających proces leczenia.

 

Mamy dziś świetną okazję, żeby porozmawiać o tych pracach, tym bardziej, że w Internecie trudno znaleźć twoje autorskie komentarze na ich temat. Jeśli pozwolisz, poproszę cię więc o kilka zdań odnośnie niektórych zestawów. Zacznijmy może od DOMU…

 

Elżbieta Drewniak: Fotografuję ten dom od dwunastu lat. Ten cykl ma dla mnie olbrzymią wartość, jest rodzajem bardzo osobistego „codziennika”. Jest to zestaw fotografii wykonanych z okna mojego mieszkania – powtarzające się kadry, próby zachowania podobnej kompozycji… Ale wpatrując się w wizerunek tego domu potrafię odnaleźć zmienne nastroje i emocje towarzyszące mi w trakcie robienia konkretnych zdjęć. Ten dom bez przerwy zmienia się i przechodzi transformacje - podobnie jak ja. Wybrane fotografie z tego zestawu umieściłam w wydanej na zasadzie selfbublishingu foto-książce. Pierwsze zamieszczone w niej zdjęcie przedstawia budynek jeszcze przed remontem – traktuję je po części w ten sposób, jakby mówiło o mnie przed moim remontem mentalnym…

 

Pod względem objętościowym, zestaw EPIKRYZA lokuje się gdzieś na przeciwległym biegunie. Odbiorca dostaje do ręki torebkę prezentową, a w niej pudełko czekoladek, po otwarciu którego znajduje w środku przymocowany do ścianki portret dwóch kobiet…

 

Elżbieta Drewniak: Torebka i pudełko po czekoladkach nawiązuje do „babcinych” sposobów przechowywania rodzinnych zdjęć. To jedno z możliwych odczytań. Drugim jest zaś to, że napotykając taką formę prezentacji, odbiorca spodziewa się czegoś słodkiego, miłego – otrzymuje jednak niespodziewaną, mocną treść: to w związku z tą pracą zdecydowałam się na ujawnienie swojego leczenia w szpitalu psychiatrycznym. Mówię tu zresztą zarówno o swojej chorobie, jak i o nieheteronormatywności. Uczucie miłości do innej kobiety pozwoliło mi się otworzyć, wyjść poza ramki. Ten związek nie obarczał mnie w żaden sposób - pomimo małżeństwa żyłam bez poczucia winy, szukałam czegoś więcej… Pod względem formy jest to zaś wyłącznie jedna fotografia, 13x18, surowa, umieszczona na stałe w pudełku po czekoladkach. Projekt zrodził się cztery lata temu i wciąż czeka na właściwy czas prezentacji…

 

Eksperymentujesz z formą także w innych zastawach. W GODZINIE 2:30 nieduże formaty, bardzo zgrabnie ujęte w przestrzenne ramy, przyjmują postać kolażu z doklejonymi przedmiotami – tabletkami, żyletkami, igłami… A wszystko to wygląda na w pełni dopracowaną i precyzyjnie skomponowaną całość.

 

Elżbieta Drewniak: W domu nie było nikogo poza mną – czułam spokój i miałam komfort pracy. Była 02:30. Robiłam te zdjęcia bez pilota, na samowyzwalaczu. Chciałam zobaczyć się taką, jaką wtedy byłam. Czyste, wycięte fotografie połączyłam z symbolicznymi przedmiotami: szpilkami (kłucie, bolesność, lęk), tabletkami (rispolept, który przyjmowałam od pierwszego pobytu w szpitalu), żyletkami (brak akceptacji, niezgoda na miłość do kobiety, ranienie się za „niewłaściwie” ulokowane uczucie), lustrem (w czasie choroby zasłaniam lustra w domu) itp.

 

W porównaniu z pracami, o których dotąd rozmawiałyśmy, KONIEC PUSTKI wybija się wizualnie – są to bardzo wyraźne, średnie formaty z na pozór niedbale wyciętymi autoportretami ozdabianymi złotem. To prace, które warto oglądać z bliska, ze względu na detale i fakturę.

 

Elżbieta Drewniak: Ten zestaw powstał w czasie tzw. twardego lockdownu. I o ile prace z GODZINY 2:30 są dla mnie niezwykle ważne, to jednak ten cykl jest dużo istotniejszy, bo odnosi się do stanu upragnionej równowagi. Dzielę obraz na dwie równoważące się części: dzień – noc, mój cień – moje światło itp. Nakręciłam nawet filmiki dokumentujące proces powstawania tych prac – wycinania, naklejania, ozdabiania, uszlachetniania…

Zestaw, o który pytasz mówi o zwieńczonym, doprowadzonym do końca trudzie pracy nad sobą, nad scaleniem siebie. Podobnie jak W TRÓJCY JEDYNA, gdzie staram się opowiedzieć o równowadze ducha, umysłu i ciała. Żaden z tych elementów nie istniałby bez dwóch pozostałych – wszystkie musimy traktować z tym samym, najwyższym szacunkiem. Żeby posłużyć się maksymalnym skrótem, w obu tych cyklach najważniejsza wydaje mi się próba odnalezienia harmonii…

 

A jak ma się do tego III RZECZPOSPOLITA PRL? Skąd ta nagła wolta i podszyty żartem dystans?

 

Elżbieta Drewniak: Tutaj również staram się powiedzieć o sobie coś istotnego, ale w absolutnie odpatetyzowany sposób. Moje pokolenie świetnie kojarzy styl tych plakatów – propagandowe hasła i atrybuty (koraliki, kokardki, fartuszki). Z jednej strony starałam się więc umieścić autoportret w jakiejś ciekawej formie, z drugiej zaś sentymentalnie spojrzeć na swoje życie. W tej stylistyce wykonałam dziesięć plakatów w formacie 40x60 z wydrukami na papierze kredowym.

 

Na koniec chciałabym jeszcze nawiązać do WSTYDU, czyli cyklu w powszechnym odbiorze prawdopodobnie kontrowersyjnego i pozostającego dotąd w twoim prywatnym archiwum. Jego publikacja ze względu na nagość, sfery intymne itp. może bowiem wiązać się z niezrozumieniem, odrzuceniem, lub wręcz przeciwnie, ośmielać do składania niedwuznacznych propozycji. Czy mogłabyś w kilku słowach opowiedzieć, jaka myśl przyświecała ci podczas jego tworzenia?

 

Elżbieta Drewniak: Była to myśl o akceptacji. Sport dość mocno wyeksploatował moje ciało, co miało wpływ na procesy chorobowe. Maksymalnie wyczerpane zostało zepchnięte na drugi, czy nawet trzeci plan... Ale ja (jak to w sporcie) nie odpuszczam i staram się być w tym konsekwentna. Gra się przecież do końca.

 

Elu, dziękując ci bardzo za tę część rozmowy, już teraz w twoim i swoim własnym imieniu zapraszam czytelników do odwiedzania mediów społecznościowych Portfolio jako archiwum, gdzie przez kilka następnych dni będziemy kontynuowały ją, prezentując fragmenty omawianych dzisiaj zestawów.

 

Do zobaczenia.

 

05 października 2021

O harmonii i akceptacji
(z Elą Drewniak)

Katarzyna Laskus - fotografia