O snach, portretach i fotomanipulacjach

(z Mariuszem Raźniewskim)

 

Mariuszu, przygotowując się do dzisiejszej rozmowy przejrzałam wiele zestawów twoich fotografii, a wśród nich PORTRET, który w pierwszej chwili budził moje mieszane uczucia, być może nawet napawał mnie lękiem. Zdałam sobie jednak sprawę, że baza i powody powstania tego cyklu rzucają na niego zupełnie inne światło i sprawiają, że staje się wypowiedzią o empatii, poświęceniu, zaufaniu… Czy mógłbyś, na początek, powiedzieć parę słów o tych pracach?

Mariusz Raźniewski: Bohaterami zdjęć, o które pytasz, są osoby niepełnosprawne, które muszą zostać sfotografowane według określonych wytycznych. Dla przykładu, osoby niewidome muszą mieć otwarte oczy, bo taki jest warunek otrzymania dowodu osobistego. Osoby z upośledzoną twarzą nijak nie mogą wpasować się w urzędnicze wymogi… To wszystko zrodziło mój sprzeciw. Na jednej z prac postanowiłem „zamknąć” modelce oczy – położyłem na nich monety, a parę centymetrów wyżej umieściłem pleksi i nałożyłem pianę. W dużym powiększeniu w bąbelkach można dostrzec karykatury twarzy…

 

Jak wygląda twoja współpraca z tymi osobami? Jaki rodzaj relacji z nimi nawiązujesz?

 

Mariusz Raźniewski: Niejednokrotnie zjawiam się w ośrodku na zlecenie, bo np. kilku osobom kończy się termin ważności dowodów osobistych i potrzebny jest fotograf. Modele są wdzięczni za poświęcony im czas, a przy tym zazwyczaj świetnie przygotowani (ubiór, fryzury itp.). W tych przygotowaniach pomagają sobie wzajemnie, bo dla większości z nich jest to duże wydarzenie i spory stres. Ja z kolei jestem nimi zaciekawiony i chcę ich poznawać.

 

Jak duże jest zapotrzebowanie na taki fotograficzne wizyty?

 

Mariusz Raźniewski: Całkiem spore. Mało kto zdaje sobie sprawę z tej części pracy fotografa. Nie zmieni tego nawet najlepsze przystosowanie zakładu pod względem ułatwień dla osób z niepełnosprawnościami, bo wciąż wiele zleceń będzie wymagało mojego przyjścia. Dla przykładu, wykonuję tak zwane „ostatnie fotografie” ludzi odchodzących. Bardzo staram się, aby zjawić się na czas. Raz nie zdążyłem i klient zmarł chwilę przed umówionym spotkaniem… Chciałbym też rozszerzyć usługi fotograficzne do dowodówek w więzieniach, dla osadzonych na wiele lat. Im również kończą się dowody osobiste. Myślę nad tym intensywnie, bo byłoby to dla mnie wielkie wyzwanie.

 

Oglądając twoje prace w galerii natknęłam się na nieco przewrotne podejście do fotografii. Sama jestem nauczona, aby natychmiast usuwać wszelkie defekty (rysy, plamy, błędy). Ty natomiast, w PORTRECIE FOTOGRAFII nie dość, że skupiasz się właśnie na tych „niedociągnięciach”, to dodatkowo nadajesz im szczególną rangę, powiększając je do formatu 100x70cm, a „właściwą” fotografię zamykając w formacie 10x15cm. Dlaczego?

Mariusz Raźniewski: Tytuł mówi o tym, że portretuję tu zdjęcia, a nie ich treść. Starałem się nadać tym rysom, odciskom itp. takiego wymiaru, aby można było „sportretować” je niczym ludzi. Pochodzą przecież z ludzkiego działania. W tym przypadku istotna jest zatem nie sama „treść” zdjęcia, ale ślad czasu i pamięć procesów przeprowadzonych ręką fotografa. Dostawałem zdjęcia do retuszu – wygładzania zmarszczek itd. Na początku skanowałem je w dość niewielkiej rozdzielczości, ale później maksymalnie ją zwiększyłem, przez co otwierały się kilka minut. Praktycznie mogłem dokładnie prześwietlić każdą fotografię. Moim zadaniem było osuwanie śladów. I tak zrodził się pomysł, o który pytasz. Cała seria składa się z dyptyków: surowy/wyjściowy plik 10x15cm (I) z oznaczeniem tego, skąd zaczerpnąłem powiększenie do formatu 100x70cm (II).

 

Wchodziłeś zatem w strukturę papieru, a nie w treść fotografii?

 

Mariusz Raźniewski: Tak, przy czym forma ekspozycji miała za zadanie podkreślić moje założenie – skupić uwagę na tym, co powinienem usunąć, a co ostatecznie podniosłem do rangi elementu dzieła sztuki. Było to czasochłonne, ale bardzo odkrywcze. W pewnym sensie staram się w tym cyklu podważyć sensowność retuszu, który sam w sobie ma za zadanie zatuszowanie śladów historii.

 

ŚLADY SNU, czyli kolejny cykl, o którym chciałabym porozmawiać, to prawdziwy temat – rzeka. Oglądając te fotografie po raz pierwszy nie zdawałam sobie sprawy z ogromu znaczeń i sensów, ale i ze złożoności tych prac…

Mariusz Raźniewski: Starałem się nawiązywać tutaj do malarstwa Boscha, do głęboko ukrytej symboliki. Są to fotomanipulacje, które ja nazywam obrazami. Kluczami do ich powstania były momenty tuż po przebudzeniu, kiedy nie bardzo wiadomo, co jest jeszcze snem, a co już jawą. Jako że nie byłem w stanie zawrzeć tego, co mi się śniło na jednej fotografii, musiałem posłużyć się fotomanipulacją, przy czym do stworzenia jednego obrazu używałem często kilkudziesięciu różnych zdjęć. Otwierałem nowy dokument i zaczynałem składać swoją opowieść…

 

Spośród realizacji wchodzących w skład tego cyklu wybrałam dwie - twoją ulubioną Wenus i ptaki, które z kolei mi najbardziej przypadły do gustu.

 

Mariusz Raźniewski: Realizacja Wenus jest mi najbliższa, najbardziej moja. Stworzona jest z około 50 fotografii. Zawarłem w niej odniesienia do astrologii i do mitologii greckiej. Wenus – bogini miłości i planeta Wenus jako symbol piękna. Mars – bóg wojny i symbol zniszczenia. Ziemia, na której rozgrywa się cała scena wygląda jak po przejściu kataklizmu, a drzewo lokuje Wenus w samym centrum zniszczonego świata…

Z kolei realizacja z ptakami składa się z około 30 klatek i jest pierwszą fotomanipulacją z całego tego cyklu. Moje pierwsze studio mieściło się przy skrzyżowaniu, nad którym przebiegał drut. Ciągle coś się na nim działo, a ja w wolnych chwilach to fotografowałem. Kwadraty symbolizują tu nadmuchaną urbanistykę dużych miast, a ptaki przestrzenność małej wsi…

 

Ciekawe efekty pojawiają się również w zestawie ALIENACJA II. Mimo że są to prace realizowane jako ćwiczenia do szkoły fotograficznej, nie traktujesz ich jako nic nieznaczących wprawek. Jaką mają one dla ciebie wartość?

Mariusz Raźniewski: Te prace powstawały w latach 2014-2015. Zamykałem się w studio, żeby pracować, ale im więcej czasu tam spędzałem, tym bardziej czułem się osamotniony, odizolowany od świata. Czułem się więc źle w miejscu, o którym marzyłem. Będąc we Wrocławiu mogłem rozmawiać z innymi osobami zafascynowanymi fotografią, natomiast w domowych warunkach niestety nie mogłem pogadać z nikim - nie znalazłbym tu zrozumienia. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że uwikłałem się w trudną, destrukcyjną dla mnie fotografię, ale byłem też zadowolony i szczęśliwy z powodu jej efektów… Z omawianego zestawu najbardziej podoba mi się fotografia z okiem. Pamiętam co wtedy robiłem - w absolutnej ciemności rzuciłem aparatem w monitor…

 

Bardzo zainteresowały mnie również dwie fotografie z zestawu KATEGORIA BYTU. Pierwsza z nich, otworkowa, wygląda jak klasyczny fotomontaż, ale jak się okazuje, jest to powiększenie…

Mariusz Raźniewski: Po pierwsze – nie do końca wiem, jak powstała ta fotografia, w jaki sposób została ona zarejestrowana. Wynika to z przypadkowości fotografii otworkowej. Nie mam pojęcia gdzie jest negatyw, ale korzystam z dobrej jakości skanu. Założeniem byłem ja i bezmiar przestrzeni wokół. Chciałem podkreślić wielowarstwowość i wielopokładowość życia. Pod względem technicznym ustandaryzowałem swoje działania w analogowej fotografii i dzięki temu posługuję się jednym filmem i jednym sposobem wywoływania. Daje mi to swobodę działania i możliwość przewidzenia, czy osiągnę oczekiwany efekt…

 

Drugą pracą, o którą chciałabym zapytać, jest fotomanipulacja, której klimat wciągnął mnie na dłużej – da się tu odczuć spore pokłady wolności i powietrza…

 

Mariusz Raźniewski: Bazowe zdjęcie zostało wykonane w okolicach jeziora – zbiornika zaporowego, z którego co roku spuszczano wodę, wskutek czego właściwie znikąd pojawiały się piękne plaże. Fotografia z bańką po raz kolejny zahacza o temat mojej alienacji. Separowałem się od znajomych z miejsca, w którym mieszkałem, gdyż nie potrafiłem znaleźć z nimi wspólnego języka. Nie była to komfortowa sytuacja. Z jednej strony mamy więc lekkość mojej postaci, wrażenie unoszenia się w bańce, ale z drugiej jest też przecież zamknięcie i izolacja…

 

W przypadku KOHERENCJI interesujące są zarówno założenia i same obrazy, ale także proces prowadzący do ich powstania. Sam mówisz o tych pracach, jako o przełomowych dla twojej twórczości. Skąd wzięło się to przeświadczenie?

Mariusz Raźniewski: To prawda, uważam te prace za przełomowe. W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że nie ma co walczyć ze światem, jeżeli można żyć ze wszystkim w zgodzie. Że poczucie zrozumienia, sensowności można wypracować. Zajęło mi to rok – codzienne ćwiczenia, próby zjednoczenia mojego serca z umysłem. Poczułem się lepiej, odzyskałem spokój i ustały dolegliwości fizyczne... Dlaczego o tym mówię? Ponieważ, pomimo głębokich, lękowych emocji, które towarzyszyły powstaniu tych fotografii, w samych obrazach dostrzegam wizerunek tego spokoju… To była noc, bezludzie, bezdroże. Szedłem na plan zdjęciowy w zupełnych ciemnościach. Odwróciłem się, aby przyświecić latarką w stronę samochodu i sprawdzić, czy nie gubię kierunku, kiedy nagle zobaczyłem dwie pary oczu. Nie wiem do jakich drapieżników należały, ale pamiętam, że przeraziły mnie. Nie wiedziałem, czy uciekać do samochodu, czy kontynuować wyprawę na plan. Wybrałem zdjęcia i dzięki temu powstały te, o których rozmawiamy.

 

Powoli zbliżamy się do końca tej części naszej rozmowy, ale zanim zaproszę czytelników Portfolio jako archiwum do mediów społecznościowych projektu, gdzie będę prezentowała fragmenty zestawów, o których dzisiaj rozmawialiśmy, chciałabym spiąć nasze spotkanie rodzajem klamry i zapytać cię jeszcze o twój stosunek do fotografii dowodowej. Tym bardziej, że zahaczasz o tą tematykę w jednym z zestawów, które mi pokazałeś…

 

Mariusz Raźniewski: Masz pewnie na myśli cykl BEZ MASKI. Nie powiem ci, o co chodzi w tych fotografiach, ale powiem o moich odczuciach w stosunku do dowodówek. Z różnych, praktycznych, administracyjnych względów są one naszymi najważniejszymi portretami. W związku z tym chciałbym, aby oddane było na nich cokolwiek osobistego. Jest jednak zupełnie odwrotnie - biometryka upraszcza i zubaża, odbiera możliwość pokazania indywidualności. W tym sensie są to fotografie maski – nie pokazuje się tutaj persony, osoby, ale maskę, którą zmuszona jest przybrać...

 

Mariuszu, bardzo dziękuje ci za rozmowę, a czytelników zapraszam na facebookowy profil projektu, na którym przez kilka najbliższych dni będziemy wspólnie prezentować twoje prace.

 

Do zobaczenia.

Wszystkie fotografie zamieszczone w tym wpisie są autorstwa 

Mariusza Raźniewskiego.

 

 

 

 

 

 

28 listopada 2021

O snach, portretach i fotomanipulacjach

(z Mariuszem Raźniewskim)

Portfolio
jako archiwum