wpis nr 29

 

 

O intymnych spacerach po zakamarkach miast

(z Katarzyną Laskus – rozmawia Monika Tarsa)

 

Monika Tarsa: Katarzyno, przez ostatni rok śledziłam kolejne wpisy na twoim blogu i przyglądałam się fragmentom prac publikowanych przez ciebie w mediach społecznościowych projektu Portfolio jako archiwum. Widziałam, jak motywujesz swoich rozmówców, jak skłaniasz ich do dzielenia się tajnikami warsztatu... I dzisiaj, nareszcie, przyszła kolej na ciebie. Ja będę zadawać pytania – ty odpowiadaj.

Po pierwsze ciekawi mnie, czy przystępując do realizacji kolejnych zestawów bierzesz pod uwagę rzeczywistość zastaną (tzn. dostrzegasz moment i wyciągasz aparat), czy może wiodącą rolę odgrywa u ciebie koncepcja, dopiero po określeniu której decydujesz się na działanie?

 

Katarzyna Laskus: Zaczynam fotografować dopiero wtedy, kiedy czuję autentyczną potrzebę wypowiedzenia się na dany temat. Najczęściej pojawia się jakaś myśl, hasło, wokół którego krążę i zastanawiam się nad doborem środków, czy też określeniem sposobu fotografowania. Dopiero potem zbieram sprzęt i działam.

Zdjęcia przypadkowe, czy też reportażowe przydarzają mi się niezmiernie rzadko, bo zwyczajnie nie odnajduję się w tego rodzaju działaniach. Lubię mieć poczucie fotograficznego bezpieczeństwa - zabezpieczone zaplecze. Dlatego też większość moich prac opowiada o bliskiej przestrzeni. Rzadko kiedy pojawiają się tam obcy ludzie. Staram się też nie przekraczać niczyjej strefy komfortu. Dzięki temu nie muszę martwić się zabezpieczaniem zgód i pozwoleń na publikację. Tego typu obowiązki zwyczajnie mnie stresują, dlatego możliwość ich uniknięcia stanowi ważne kryterium, które rzeczywistość musi spełnić, żeby mogła być włączona w ideę danego zestawu.

 

Monika Tarsa: A jednak pierwszy cykl, o który chciałabym zapytać, składa się wyłącznie z fotografii plenerowych. PEJZAŻ MIEJSKI to kadry zrealizowane w przestrzeni publicznej Krakowa, Nowej Huty, Słupska…

 

Katarzyna Laskus: Musiałam długo pracować nad sobą, żeby po prostu wyjść w miasto z aparatem i zacząć fotografować. Jak już wspomniałam, nie jest to dla mnie komfortowa sytuacja. Na szczęście jednak, od poczucia dyskomfortu silniejsza okazała się potrzeba opowiedzenia o utraconych miejscach. Powiedziałam „na szczęście”, ponieważ w ramach cyklu, o który pytasz, powstało wiele fotografii ogromnie dla mnie ważnych. Te intymne spacery po zakamarkach miast pozwalały mi cofnąć czas i poczuć się częścią tych dawno nieodwiedzanych miejsc...

Na przykład, Słupsk jest miastem, którym fotograficznie nie mogę się nasycić. Wracam tam raz do roku, idę na „swoje” osiedle i po raz kolejny robię zdjęcia tych samych miejsc. Z uporem maniaka szukam nici połączenia (kadrów, zapachów, dźwięków) z „tamtą”, zapamiętaną przestrzenią, świadectw mojego bycia w niej. Choć w gruncie rzeczy zdaję sobie sprawę, że niczego takiego nie znajdę, co roku patrzę na te bloki, resztki placów zabaw, osiedlowe pomniki… Ładuję sentymentalne baterie i ruszam dalej. W lipcu tego roku znowu to powtórzę i wiem, że znowu będę zadowolona tak, jak za pierwszym razem.

 

Monika Tarsa: W jaki sposób treści, o których opowiadasz, skomunikowane są z wyborami formalnymi, na które w przypadku tych zestawów się zdecydowałaś?

 

Katarzyna Laskus: Pierwotne założenia ulegały modyfikacjom w trakcie powstawania zestawów. W cyklu o Krakowie i Nowej Hucie zastosowałam ruch aparatem (góra/dół), co dałoby się odczytać, jako symbol rozwoju i chęci pójścia dalej – wyrwania się z twórczej stagnacji. Są to zresztą wyjątkowo ważne dla mnie prace, przy powstawaniu których starałam się sprostać kryteriom określającym dobrą (moim zdaniem) fotografię. Lecz patrząc z drugiej strony, są to „zwyczajne”, krakowskie widokówki delikatnie naznaczone moim nastrojem i wizualną wrażliwością. Nic nie jest tu do końca określone, wszystko jest rozmyślnie rozmyte...

 

Monika Tarsa: Traktujesz ten cykl jako swego rodzaju pamiętnik?

 

Katarzyna Laskus: Raczej jako sentymentalną wizualizację tych miast. Jak wspomniałam już wcześniej, są to zdjęcia miejsc poniekąd utraconych, zacierających się w pamięci. Mimo że ich utrata spowodowana jest zazwyczaj zwykłą przeprowadzką, to jednak odległość i codzienne obowiązki skutecznie odcinają mi możliwość swobodnego powrotu. To może wydawać się nieprawdopodobne, bo jak niby można, mieszkając w Nowej Hucie, tęsknić za Krakowem? A jednak! Przepełniony grafik sprawia, że zwyczajnie nie znajduję czasu na krajoznawcze wycieczki…

 

Monika Tarsa: Odnoszę wrażenie, że prace, o których rozmawiamy, ilustrują też w pewnym sensie fazy twojego fotograficznego rozwoju. Mam rację?

 

Katarzyna Laskus: Może i tak. Choć muszę przyznać, że powodowała mną, przede wszystkim, chęć posiadania zdjęć, które zagwarantują mi zachowanie obrazu dynamicznie zmieniającego się miasta. Na przykład, w cyklu o Słupsku wykonałam czyste, klasyczne, poprawne fotografie. Nie pozwalałam sobie na nadmierną ingerencję, bo ważne było to, żeby odświeżyć pamięć o miejscach swojego dzieciństwa. I tutaj wchodzi do gry jeszcze jedna, zupełnie prywatna pobudka. Podejrzewam, że moje dzieci będą kiedyś ciekawe tego, jak wyglądało miasto, w którym się wychowałam. Będą pytały o moje ulubione miejsca. A ja mogę nie mieć innej możliwości pokazania im tych przestrzeni, niż właśnie za pośrednictwem fotografii. Mam w planie złożenie takiej niewielkiej broszurki dedykowanej wyłącznie moim dzieciom. Bo w planie uniwersalnym to niekoniecznie byłoby ciekawe. Choć może się mylę…

 

Monika Tarsa: Następny cykl, o którym chciałabym dowiedzieć się czegoś więcej, to PORTRET MIEJSKI. Konwencja jest podobna. Nadal mówisz o miastach i związanych z nimi sentymentach. Ale tym razem sama też pojawiasz się na zdjęciach. Dlaczego?

 

Katarzyna Laskus: Rzeczywiście, konwencja jest podobna, ale podeszłam to tego samego tematu w odrobinę odmienny sposób. Pojawiły się moje autoportrety lub portrety zrobione mi przez osoby, których już nawet nie pamiętam. Powstały więc kolaże, które są połączeniem wielu fotografii (tło jest fotomontażem z pejzażu danego miasta, na który nałożyłam portret wykonany w tym właśnie mieście).

 

Monika Tarsa: Czy to wycięcie, wydarcie twoich wizerunków jest tu zabiegiem czysto formalnym?

 

Katarzyna Laskus: Nie. Symbolizuje to, że w pewnym sensie zostałam wydarta, wytargana z tych miast. Tak to odczuwałam. Nie wiem, czy jest to wystarczająco czytelne, ale portrety te mówią o rozdarciu i niepewności, o braku przynależności i zakorzenienia, wreszcie o słuszności zmiany miejsca zamieszkania… Podobnie rzecz ma się z decyzją o podziale tła. Tym razem również nie był to tylko formalny zabieg, ale próba unaocznienia dyskusji, którą toczyłam sama ze sobą.

 

Monika Tarsa: Z perspektywy odbiorcy dostrzegam w tych pracach pierwiastek nadziei. Czy to uzasadniony trop?

 

Katarzyna Laskus: Jako odbiorca masz prawo do każdej interpretacji. I przyznam, że cieszy mnie twoje spostrzeżenie. Natomiast w momencie powstawania zestawu nie było mowy ani o nadziei, ani o pozytywnym nastroju. Tworzyłam te prace napędzana nostalgią i tęsknotą. Dziś już nie wywołują we mnie tych uczuć, bo radykalnie zmieniła się rzeczywistość, w której funkcjonuję. Dzisiaj postrzegam je jako etap zakończonej sukcesem drogi ku zakorzenieniu się w Nowej Hucie.

 

Monika Tarsa: Co powstawało najpierw: portret czy pejzaż?

 

Katarzyna Laskus: Szczerze – nie pamiętam. To był podobny czas. Wiele osobistych zmian zachodzących w moim życiu powodowało poczucie rozterki. To był intensywny okres pod względem stresów, lęków, pytań o samorealizację i ogólny sens mojej codzienności. Z perspektywy czasu oceniam to jako bardzo ważny moment. Na szczęście obecnie jestem już zupełnie gdzie indziej. Fotografie, o których rozmawiamy, cieszą mnie i są dla mnie ważne, ale nie będę już wracała do podobnej tematyki. Po prostu nie mam już tego typu dylematów, które – co ciekawe – świetnie sprawdzają się, jako motor do działania. Łatwiej jest mi tworzyć i opowiadać o tym, co mnie przygnębia, niż o tym, co sprawia, że jest mi dobrze.

 

Monika Tarsa: W DESTRUKCJI NOWOHUCKIEJ mamy do czynienia z całkowicie odmiennym podejściem do fotografii – działasz tu w zupełnie inny sposób, choć temat przemijania i upływu czasu po raz kolejny wybija się na pierwszy plan. Kadry przemyślane są tu w taki sposób, aby pokazywać tę samą perspektywę, jednakową odległość od fotografowanego tryptyku, a przede wszystkim przyrodę, w otoczeniu której zestaw był zawieszony. Fotografie były wydrukowane na tekturach i przytwierdzone do muru, a długotrwałe oddziaływanie czynników atmosferycznych sukcesywnie wpływało na ich niszczenie. Chciałabym porozmawiać o tym projekcie i dowiedzieć się, jakie założenia przyświecały ci podczas tej realizacji?

 

Katarzyna Laskus: Głównym założeniem mojego działania było wyjście w przestrzeń miejską. Chciałam powiesić moje fotografie na jakimś przypadkowym płocie i rytmicznie dokumentować proces niszczenia obrazu. Pierwszym wyzwaniem było znalezienie odpowiedniego miejsca – takiego, w którym nie będę narażona na mandat za ingerencję w przestrzeń publiczną, i w którym same wydruki nie staną się obiektem bezmyślnego wandalizmu. Stąd też decyzja o wykonaniu projektu w ogrodzie u moich przyjaciół. Wiedziałam, że fotografie będą tam bezpieczne, nikomu nie będę przeszkadzać i nikt celowo ich nie zniszczy. Dodatkowo mur otoczony jest tam bogatą roślinnością, która idealnie wpisała się z myśl przewodnią i odegrała niepoślednią rolę.

 

Monika Tarsa: Taka rozciągnięta na długi czas realizacja na pewno ma swoją specyfikę i znacząco różni się od bardziej „natychmiastowych” przedsięwzięć. Czy możesz opowiedzieć nam, jak pod względem wyglądała praca nad DESTRUKCJĄ…?

 

Katarzyna Laskus: Na wstępie zaznaczę, że destrukcja, jako taka, jest tu efektem końcowym, ale niezmiernie ciekawym doświadczeniem było już samo dokumentowanie całego tego długiego procesu… Jak już wspominałam, wstępnym założeniem było umieszczenie wydruków w przestrzeni i cotygodniowe ich fotografowanie – tak, aby zarejestrować zmiany zachodzące na płaszczyźnie obrazu. Do projektu wybrałam monumentalną, nowohucką Aleję Róż. Trzy zdjęcia wydrukowane na tekturach w formacie 100x70 mój mąż brutalnie, przy pomocy specjalnego kleju, przytwierdził do ogrodowego muru. Następnie w każdą środę, starając się znaleźć ten sam, powtarzalny kadr, dokumentowałam powolny proces ich niszczenia. W pewnym momencie musiałam zrezygnować z tych cotygodniowych wizyt, ale Maciej Poniedziałek dołączył do projektu i kontynuował moją pracę przez kolejny rok – aż do momentu, w którym mogłam na powrót sama się nią zająć.

 

Monika Tarsa: Czy byłaś zaskoczona finalnym efektem tej pracy?

 

Katarzyna Laskus: Materiał, na którym zostały wydrukowane fotografie, to zwykła tektura. Chciałam zbadać jej wytrzymałość na deszcz, mróz, upał, wilgotność... Zakładałam chyba, że utrzyma się to na murze dwa tygodnie, może nieco dłużej. Tymczasem okazało się, że temat kontynuowałam dwa lata, a wydruki i tak nie uległy całkowitemu zniszczeniu. Nie jest to zatem destrukcja stuprocentowa - ani podłoża, ani farby drukarskiej. Wydaje mi się nawet, że gdybym nie zdemontowała całej tej instalacji, fotografie mogłyby do tej pory wisieć tam, a proces dokumentowania ich zmian wciąż mógłby być kontynuowany.

 

Monika Tarsa: Skąd koncepcja zestawienia przyrody i architektury? Odnoszę wrażenie, że w przestrzeni twojego projektu ta pierwsza w końcu dostaje szansę, żeby się na tej drugiej - „odegrać”…

 

Katarzyna Laskus: Dokładnie o to mi w tym projekcie chodziło. Zależało mi na włączeniu przyrody jako elementu destruującego architekturę. Zazwyczaj jest dokładnie odwrotnie. Ale w tym przypadku architektura (monumentalna nowohucka Aleja Róż) ustępuje pod naciskiem przyrody. Wypowiedziałam się tu oczywiście tylko na płaszczyźnie symbolicznej, ale jestem przekonana, że prędzej czy później, natura upomni się o swoje…

 

Monika Tarsa: Czy właściwym efektem całego procesu, o którym rozmawiałyśmy, jest materialne dzieło, czy może dokumentacja tego procesu?

 

Katarzyna Laskus: Pomimo to, że sam proces dobiegł już końca i można powiedzieć, że w jego wyniku powstało dzieło, to jednak ono samo w dalszym ciągu posuwa się w destrukcji, a więc i sam proces, choć w nieco innej odsłonie, nadal jest otwarty... Zastanawiam się czy i - przede wszystkim - jak go zakończyć. Trochę to skomplikowane, trochę przewrotne, ale ociera się o sedno całego założenia. Rozpoczynając całe to przedsięwzięcie myślałam o tym, żeby bardzo rzetelnie dokumentować zachodzące zmiany (nagrywałam nawet minutowe filmy). I na tamten moment było to bardzo istotne działanie, które stawiało mnie w roli świadka całego zajścia. Natomiast kiedy postanowiłam wreszcie zakończyć proces dokumentowania i zdjąć tektury z muru, opadło mnie dziwne poczucie pustki i bezsensu dwuletniego działania…

 

Monika Tarsa: Poczucie bezsensu, które podsunęło ci pomysł na zachowanie materialnego efektu tego dwuletniego procesu?

 

Katarzyna Laskus: Tak. Zniszczone, potargane, obdarte z emulsji, namoknięte, oblezione przez mrówki i ślimaki. Tektury, które z pieczołowitością oczyściłam, wysuszyłam i zabezpieczyłam po to, by móc je pokazywać jako efekt, jako dzieło.

 

Monika Tarsa: W przypadku kolejnego zestawu pytanie o inspiracje wydaje mi się zbędne. Zresztą sam jego tytuł, przewrotny i prowokacyjny, bezpośrednio naprowadza odbiorców na centralny temat, wokół którego tu krążysz. Opowiedz więc może o miejscach, które wybrałaś do zilustrowania NBP – NOWOHUCKI BIZNES PLAJTUJE – COVID19.

 

Katarzyna Laskus: Fotografowane przeze mnie miejsca nie są przypadkowe. Są to punkty handlowe i usługowe, które (mieszkając w Nowej Hucie) codziennie się odwiedzało. Były po prostu potrzebne - dzięki nim nie trzeba było tracić czasu na jeżdżenie do wielkich supermarketów tylko po to, by załatwić jakąś błahostkę. Do dzisiaj nie potrafię przejść obojętnie obok witryny, gdzie od tak zwanego „zawsze” mieścił się zakład fotograficzny. Obok mojego ulubionego kiosku ruchu, obok ulubionej kwiaciarni… Wszystkie te miejsca zostały zamknięte – nawet jeśli nie bezpośrednio z powodu pandemii, to pośrednio na pewno już tak. Mimo że fotografie te wykonane były już jakiś czas temu, miejsca te nadal nie są wynajęte, lokale dalej stoją puste…

 

Monika Tarsa: To, co najmocniej uderza w tych zdjęciach, to w moim odczuciu – kompozycja. Centralna, statyczna perspektywa czyni fotografowane miejsca jeszcze bardziej martwymi, niż są w rzeczywistości…

 

Katarzyna Laskus: … a jednocześnie wartymi zapamiętania. Szczegółowo opisałam każde, żeby w przyszłości nie utracić pamięci o nich. Jak widzisz, NBP jest więc rodzajem nowohuckiego pamiętnika.

 

Monika Tarsa: PEJZAŻ MIEJSKI, PORTRET MIEJSKI, DESTRUKCJA NOWOHUCKA, NBP i nagle… ROZTOCZE. Studium linii horyzontu, podkreślenie nastroju. Skąd nagle taki, radykalnie odmienny w swoim klimacie, zestaw?

 

Katarzyna Laskus: Pamiętam, że robiąc te zdjęcia, nie miałam w głowie żadnej głębszej intencji (co jest w mojej pracy rzadkością). Ot, zwykły reportaż z wycieczki…

 

Monika Tarsa: Przyznasz jednak, że ktoś, kto przegląda twoją stronę internetową i natrafia na „takie” zdjęcia, może poczuć się nagle zbity z tropu. Umieściłaś je na stronie jako kontrast, czy może prowokację?

 

Katarzyna Laskus: Jako dowód na to, że potrafię „ładnie” XD. A na poważnie – wydało mi się dobrym pomysłem, żeby podczas przeglądania strony mój gość mógł złapać oddech. Poza tym zwyczajnie lubię te fotografie. Wykonałam je dawno temu i co jakiś czas wracałam do nich myślami. Wydają się lekkie, pozytywne, nie wymuszone. I rzeczywiście tak właśnie powstawały. Pamiętam niesamowite światło i grozę nadciągającej burzy. W mojej codziennej pracy takie inspiracje zazwyczaj nie mogą dojść do głosu. Ale dojrzałam już chyba do tego, żeby dzielić się także fotografią wykonaną „po prostu” – dla „ładnego”, dekoracyjnego obrazu.

 

Monika Tarsa: Czy oprócz wspomnianej nastrojowości różnią się one od innych twoich prac także sposobem wykonania? Pytam o warstwę techniczną…

 

Katarzyna Laskus: Po pierwsze, samo fotografowanie było tu zabawą i wielką przyjemnością. Zrobiłam te zdjęcia jakąś lustrzanką, a więc uzyskałam obrazy o w miarę dobrej jakości. Zdecydowałam się jednak na przetworzenie ich w programie do szybkiej edycji zdjęć wykonywanych telefonem. Połączenie profesjonalnego sprzętu z amatorskim programem dało, jak mi się zdaje, całkiem ciekawy efekt.

 

Monika Tarsa: Pora na ostatnią pracę, w przypadku której jednak nie śmiem cię odpytywać. MATKA dokumentuje, inspiruje i odsyła do mnóstwa kontekstów. Mogę tylko pogratulować ci tej fotografii i zadać jedno pytanie: dlaczego zrobiłaś to zdjęcie?

 

Katarzyna Laskus: Zależało mi na wykonaniu portretu rodzinnego w bardzo intymnej sytuacji. Dostrzegłam to konkretne zestawienie (ilość osób, ułożenie ich ciał, ich relacje względem siebie i miejsca) i od razu wiedziałam, że musi zagrać, bo jest po prostu dobre. A kiedy zobaczyłam finalny efekt, zdecydowałam, że jest warty tego, by pokazać go szerszej grupie odbiorców.

 

- - - - -

 

Powyższa rozmowa jest ostatnim elementem projektu realizowanego przeze mnie przez ostatnie trzynaście miesięcy. Ukazało się w tym czasie dwadzieścia dziewięć artykułów, z których większość przyjmowała formę dialogu z artystami. Pewien etap zostaje więc dzisiaj zamknięty, ale główne założenia samego przedsięwzięcia będą kontynuowane. Co prawda zmniejszy się częstotliwość ukazywania się kolejnych wpisów, lecz jestem przekonana, że niezmiennie będę mogła prezentować wam w nich sylwetki fascynujących gości, którzy przyjmą moje zaproszenie do współtworzenia Portfolio jako archiwum. Dlatego już teraz zapraszam na spotkanie z kolejnym – fotografką Haliną Mardułą.

 

Do zobaczenia.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

25 marca 2022

O intymnych spacerach po zakamarkach miast
(z Katarzyną Laskus - rozmawia Monika Tarsa)